|
W ostatni weekend lutego cztery
osoby z Tenshinkan Dojo wzięły udział w regionalnym stażu jodo w Marsylii. Staż
poprowadził nasz nauczyciel sensei Daniel Chabaud, 6 dan Renshi jodo, a
asystowała mu sensei Corinne Marie dit Moisson, 6 dan Renshi jodo.
 Uczestnicy stażu jodo
Podróż lotnicza z
międzylądowaniem w Dusseldorfie minęła nad wyraz przyjemnie a południowa
Francja przywitała nas przepiękną,
słoneczną i ciepłą aurą. Pozytywnie naładowani widokiem palm, kwitnących
kwiatów i lazurowego morza pojechaliśmy od razu z lotniska na piątkowy trening
z naszymi nauczycielami. Właściwy staż miał miejsce w weekend a wzięło w nim
udział około 40 osób, głównie z Marsylii i okolic, ale przybyli także jodocy z
Ortez, no i my – z dalekiej i zimnej Polski (szaliki, czapki, rękawiczki i
ciepłe kurtki mogłyby wywołać niepotrzebną sensację na lotnisku, trzeba je było
czym prędzej zdjąć…). W czasie stażu zostaliśmy podzieleni na dwie grupy
zaawansowania, dzięki czemu każdy z ćwiczących otrzymał wiedzę i korektę zgodną
ze swoim poziomem zaawansowania. W grupie mniej zaawansowanej sensei Corinne
Marie dit Moisson kładła nacisk na pracę
z kihonami w formie sotai dosa (głównie hiki otoshi, ale też kuri tsuke), co
wydatnie pomogło przy późniejszym praktykowaniu kata (do kasumi włącznie).
W grupie bardziej zaawansowanej
pod czujnym okiem sensei Daniela Chabaud praktykowaliśmy geiko (głównie kasumi,
seigan, midare dome oraz ranai). Sensei Chabaud uważnie obserwował nasze
poczynania, udzielał indywidualnych wskazówek, najczęściej jednak przerywał
ćwiczenie, aby szczegółowo objaśnić kolejne kata, rozkładając je na czynniki
pierwsze, pojedyncze ruchy, kluczowe dla zrozumienia i poprawnego wykonania
formy. Odwoływał się przy tym do swoich japońskich doświadczeń, pokazywał
analogie z innymi kata, zadawał pytania, punktował błędy strony jo pokazując, w
którym momencie – mimo wszystko – możliwe jest cięcie. Taka lekcja pokazuje,
ile jeszcze przed nami pracy. Na szczęście na indywidualnym poniedziałkowym
treningu otrzymaliśmy szczegółową korektę popełnianych błędów – wiemy więc, do
czego dążyć.
 Spotkanie po treningu
 Nasz przewodnik
Ładna pogoda i wolne
poniedziałkowe przedpołudnie pozwoliły nam zakosztować uroków południa Francji.
Dzięki uprzejmości jednego z francuskich przyjaciół mieliśmy możliwość organoleptycznego
sprawdzenia, jak wygląda typowe francuskie śniadanie (no cóż, bardzo cienka
kawa z mlekiem, podawana w miseczce, w której moczy się rogaliki – francuskie,
rzecz jasna, krusząc przy tym niemiłosiernie), zrobiliśmy sobie spacer po
plaży, obejrzeliśmy urocze miasteczko Aix en Provence, gdzie uliczki są wąskie
i nikomu się nie spieszy – z tego powodu można utknąć w „korku”, bo kierowca
poprzedzającego samochodu właśnie postanowił zatrzymać się na środku ulicy, aby
kupić bagietki w pobliskiej boulangerie.
Cztery dni minęły szybko i we
wtorek o świcie zapinaliśmy pasy na pokładzie naszego boeinga. Mamy jednak duży
zapas wiedzy do „przepracowania” i poprawek do wdrożenia a zakupiony na targu w
Aix słoik lawendowego miodu swoim kolorem przypomina słoneczną Prowansję. Nie
mówiąc o tym, jak pachnie…
|