|
Ostatnie sześć dni starego roku
mieliśmy przyjemność spędzić w Nowym Jorku, dokąd na zaproszenie Harveya Kinga
(5 dan jodo, Kobujodokai Dojo) przyleciał z Kobukan Dojo w Tokio Tadakuni Nishikawa Sensei (7 dan jodo).
Treningi odbywały się codziennie
od wtorku 26 grudnia do niedzieli 31 grudnia w bardzo kameralnym gronie około 8-12 osób. Wśród ćwiczących byli adepci jodo z różnych miejsc w Stanach
Zjednoczonych, jak również goście z Shinfukan dojo w Marsylii oraz rzecz jasna przedstawiciele
warszawskiego Tenshinkan dojo.
Znakomitą większość uczestników
stażu stanowili doświadczeni jodocy, praktykujący po kilka- a częściej
kilkanaście lat. Praca z nimi była jednocześnie wyzwaniem oraz dawała możliwość
naprawdę solidnej praktyki.
 Ekipa z USA
Najcenniejsza jednak – i zarazem najbardziej
stresująca – była indywidualna praktyka z sensei Nishikawa, której mieliśmy
okazję i zaszczyt doświadczyć. W sposobie pracy sensei Nishikawa przewidziany
był bowiem na każdym treningu czas na pracę z wybranym uczniem, tak że każdy z
uczestników stażu miał możliwość przynajmniej trzykrotnego osobistego kontaktu
z nauczycielem. Bez specjalnej przesady można powiedzieć, że mieliśmy próbkę
prawdziwie japońskiego stylu nauczania, sensei Nishikawa był bowiem bardzo
surowy i bez ogródek, i żadnej taryfy ulgowej punktował nasze błędy, za każdym
razem nieodmiennie zalecając całkowite skupienie na praktyce oraz myślenie o
tym, co się robi – mechaniczne wykonywanie poszczególnych kata może i ładnie
wygląda, ale trzeba się starać tego unikać, ponieważ zawsze prowadzi do utraty
kontroli nad tym co się dzieje (a – mówiąc w skrócie – dzieje się to, że w
każdym momencie jesteśmy narażeni na potencjalny niespodziewany atak tachi z
każdej strony, o czym każdy z uczestników stażu niejednokrotnie i boleśnie się
przekonał).
Oprócz indywidualnych i zależnych od poziomu zaawansowania
wskazówek przekazanych każdemu z osobna, sensei Nishikawa udzielał ogólnych
komentarzy. Kładł więc ogromny nacisk na kwestie etykiety w dojo (nie wolno
rozmawiać ani poruszać się w sposób niechlujny i nieuważny), kiai (które ma być
raczej krótkie i zwarte, i brzmieć odpowiednio – dla jo IEI zaś dla tachi EI) praktykowania
zanshin, rozluźniania mięśni i stawów, ćwiczeń kihonów w sotai dosa oraz ogólnie
– praktyki w wolnym tempie bez używania siły (początkowo bowiem całą „pracę”
wykonuje sam ciężar jo, później, gdy wolne tempo ćwiczeń pozwoli nam na właściwe
i dokładne opanowanie ruchu, będzie on luźny, a więc szybszy i zarazem
silniejszy). Podsumowując w ciągu tych sześciu dni udało nam się dokładnie
omówić i przećwiczyć 9 kolejnych kihonów w sotai dosa oraz sześć pierwszych
kata seitei jo – co – w kontekście faktu, iż większość uczestników ma za sobą
wiele lat praktyki i wysokie stopnie, pokazuje, jak ważne są podstawy. Dobrze
opanowane seitei jo bowiem umożliwia bezpieczne praktykowanie kolejnych
poziomów Shinto Muso Ryu. O tym, że koryu kata mogą być bardzo niebezpieczne
mogliśmy się przekonać w trakcie pokazu jaki odbył się na zakończenie seminarium,
a wybrani adepci (posiadacze minimum trzeciego dana jodo) także podczas
ćwiczenia koryu w trakcie trwania seminarium.
 Pokazy jodo
Piękna – mimo zimowej pory –
słoneczna i ciepła aura pozwoliła nam także na odrobinę zwiedzania: bardzo
ciekawa okazała się kolekcja broni – również japońskiej – w Metropolitan Museum
of Art, a także zorganizowana w Nowojorskiej Bibliotece Publicznej wystawa
poświęcona historii japońskiej książki. Doświadczyliśmy również na własnej
skórze tłumów oblegających olbrzymią choinkę przy Rockefeller Center,
obowiązkowo zjedliśmy posiłek w barze w chińskiej dzielnicy oraz parę razy
zgubiliśmy drogę w tej największej metropolii świata. Nowy Rok przywitaliśmy
wspólnie w jednej z japońskich restauracji na Brooklynie, popijając sake a w
kluczowym momencie racząc się także francuskim szampanem i popatrując na
relację telewizyjną z Times Square, na którym milion osób w kolorowych
czapeczkach i zabawnych okularach rozrzuciło 3,5 tony confetti...
 Sylwester 2006 w restauracji japońskiej
|